Maratonka na Islandii

Relacja z wyprawy

13-20 sierpnia 2018 r.

W sierpniu (13–20) tego roku grupa 10 osób z naszego klubu wybrała się na wycieczkę na Islandię. Zarzewiem pomysłu na wyprawę było spotkanie w zeszłym roku z naszą koleżanką Darią mieszkająca w tym kraju od jakiegoś czas. Temat został poruszony i tak z biegiem czasu słowa zaczęły zamieniać się w czyn. Najpierw zakup biletów lotniczych później rezerwacja mieszkania, samochodów oraz opracowanie całego planu pobytu.

Szczęśliwie udało nam się przeprowadzić wszystkie przygotowania bez problemów i 13.08.2018 pierwsza 4–osobowa grupa wylądowała w Keflaviku. Kolejnych 6 osób dotarło dobę później, tak więc w komplecie byliśmy od wtorku 14 sierpnia. Po wieczornym locie, nocnej podróży do domu i kilku godzinach snu nasze organizmy nie czuły się komfortowo, ale przyjechaliśmy po to, aby jak najwięcej zobaczyć i poczuć klimat tej wspaniałej wyspy. Dlatego też z naszego punktu wypadowego, który mieścił się niedaleko miejscowości Borgarnes, udaliśmy się na półwysep Snæfellsnes, gdzie w okresie zimowym rozgrywany jest półmaraton na trasie Arnarstapi – Olafsvik. Postanowiliśmy, że przebiegniemy spory kawałek tego dystansu drogą nr 570 prowadzącą z południowej części półwyspu na północną.

Waldek, Adam, Bartek i ja (Marcin) postanowiliśmy podjąć wyzwanie przebiegnięcia 18,5 km z przewyższeniem prawie 700 m. Zważywszy na to, że nie biegamy po górach praktycznie w ogóle, że ja z Adamem zrobiliśmy dwa dni wcześniej 20 km, że spaliśmy niewiele, to… to rozbieganie nie było najlepszym pomysłem na spędzenie tego dnia. Ale co to dla nas, hasło rzucone – biegniemy. Z mojej perspektywy – przewyższenia były największe z jakimi do tej pory miałem do czynienia. Wiele fragmentów drogi nie pozwalało na bieg z uwagi na zbyt stromy podjazd (droga ta jest też dla samochodów) oraz skalne podłoże. W praktyce wyglądało to tak, że pod górę szliśmy, a jak pojawiało się jakieś wypłaszczenie, to biegliśmy. Na samej górze zrobiła się mgła, deszcz i zimo, w zagłębieniach leżał śnieg. Wydawało mi się, że po drugiej stronie przy zbiegach będzie z górki. Niestety nic bardziej mylnego. Bo jak stromo jest pod górę to z drugiej strony jest równie stromo przy zejściu. Droga w dół wyglądała więc podobnie jak droga w górę – bieg był możliwy przy wypłaszczeniu terenu, a skały i przepływające potoki nie pomagały w pokonywaniu dystansu. Po godzinie i 45 minutach zameldowaliśmy się po drugiej stronie półwyspu, zmęczeni i zziębnięci. Doświadczenie jak dla mnie wspaniałe, widoki oraz adrenalina podczas zbiegów rekompensują całe zmęczenie.

Następnego dnia wybraliśmy się na najdłuższy wypad w trakcie naszego pobytu do jeziora Jökulsárlón, które powstaje z wody z topniejącego lodowca Vatnajökull. Po drodze nie mogliśmy nie zajechać do jednego z najsłynniejszych na Islandii wodospadów Seljalandsfoss. Wodospad, który można obejść dookoła jest bardzo dużą atrakcją zwłaszcza, że znajduje się tuż przy głównej drodze nr 1 (droga obiegająca całą Islandię). Nie da się oczywiście obejść tego wodospadu bez zmoknięcia, ale wrażenia są warte tej małej niedogodności.
Kolejnym punktem na naszej trasie był cypel Dyrhólaey, z którego widok na ocean, wysokie klify oraz czarny piasek pobliskich plaż robił ogromne wrażenie. Warto zatrzymać się tutaj na chwilę i rozkoszować się wspaniałym widokami.

Tuż obok Dyrhólaey znajduje się miejscowość VIK najdalej na południe wysunięta miejscowość Islandii. Tutaj postanowiliśmy pospacerować się po czarnej plaży, a niektórzy również wykąpać się w oceanie. Piasek o czarnej wulkanicznej barwie dziwnie się ogląda, sprawdzaliśmy nawet czy brudzi ręce, ale nie brudzi. Jest taki jak nasz nad Bałtykiem i poza barwą ma inną granulację – składa się z większych ziaren. Z Vik organizowane są wycieczki do jaskiń lodowych. Tym razem nie skorzystaliśmy z tej atrakcji z powodu braku czasu, ale jeśli ktoś go ma, to podobno warto się tam wybrać.

Z Vik pojechaliśmy w kierunku ostatniego punktu naszej wycieczki, czyli jeziora Jokulsarlon. Biorąc po uwagę fakt, że z naszego miejsca pobytu do jeziora było 455 km, a po drodze zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach, zmęczenie zaczynało dawać znać o sobie w postaci coraz częściej pojawiających się pytań „Daleko jeszcze?”. W końcu dotarliśmy na miejsce i widok, jaki ukazał się naszym oczom wynagrodził cały dzień i długie siedzenie w samochodzie. Olbrzymie bryły lodu odrywające się od największego na Islandii lodowca Vatnajökull pływają swobodnie w jeziorze. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie weszli do wody rozpoczynając tym samym sezon morsowy. Co prawda sierpień nie jest może najlepszym miesiącem na rozpoczęcie morsowania, ale nie zawsze trafia się okazja przebywania w takich okolicznościach przyrody. Nasze wejście do wody zrobiło na plaży niemałą sensację wśród turystów, którzy zaczęli nas fotografować i pozdrawiać głośnymi okrzykami.

Po kąpieli nie zostało już nam nic innego jak rozpocząć drogę powrotną, która miała zająć nam około 6 godzin. W domu byliśmy około godziny 1:30 w nocy, zmęczeni ale przeszczęśliwi.
Następnego dnia postanowiliśmy, że zrobimy krótszą wycieczkę do parku narodowego Thingvellir, Geysir, wodospadu Gulfoss oraz Krateru Kerio. Trochę byliśmy zmęczeni, ale chęci na dalsze zwiedzanie Islandii nadal było w nas dużo, dlatego postanowiliśmy, że po drodze do parku narodowego zajedziemy zobaczyć wodospad Glymur, drugi pod względem wielkości wodospad na Islandii 198 m wysokości. Argumentem za było to oczywiście, że był po drodze. Jechało się do niego piękną drogą wzdłuż fiordu, było blisko, a miejsce jest polecane jako godne zobaczenia. Wpadniemy na chwilę, zobaczymy jak leci woda po skałach i pędzimy dalej (ograniczenia na drogach 90km/h – asfalt, 80km/h – szutr). To, co się wydarzyło w ciągu kolejnych 3 godzin przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.

Droga do wodospadu rozpoczyna się spokojną ścieżką prowadzącą do potoku, następnie przechodzi się po belce na drugą jego stronę, gdzie zaczyna się wspinaczka na szczyt. Na początku myśleliśmy, że podejdziemy kawałek, zobaczymy wodospad, zrobimy zdjęcia i zejdziemy na parking. Droga jednak prowadziła nas cały czas w górę i dopiero po jakimś czas zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jest to ścieżka na sam szczyt wodospadu. Nie wszyscy dotarli na górę. Zbyt trudne podejście zmusiło kilku naszych do zawrócenia. Na szczycie czekało przejście na drugą stronę rzeki. Oznaczało to jednak zdjęcie butów i pokonanie wody boso. Śliskie kamienie o mały włos nie spowodowały upadku w zimą wodę, na szczęście jednak wszyscy przeszli nie mocząc się za bardzo. Druga strona podejścia do wodospadu jest już łagodniejsza i zejście nią nie wymagało takiej gimnastyki jak podczas wejścia. Na parkingu rozmawialiśmy o tym, że ten krótki przystanek zamienił się w niezłą wyprawę. Jakbyśmy jednak na to nie patrzyli, warto było, bo widoki były jak nie z tej ziemi.

Po tak długim „oglądaniu” wodospadu Glymur musieliśmy zmienić nasze plany na ten dzień i postanowiliśmy zrezygnować z Parku Narodowego Thingvellir oraz Kerio zwłaszcza, że chcieliśmy jeszcze odebrać pakiety startowe z Rejkiaviku. Ruszyliśmy w dalszą drogę ku miejscu zwanemu Geysir. Jak sama nazwa wskazuje Gysir, to miejsce gdzie znajduje się największy na Islandii gejzer wyrzucający wodę na wysokość 30 metrów. Oczywiście wokół niego znajduje się kilka oczek wodnych z gotującą się wodą a na całym terenie czuć siarkowodór. Gejzer wyrzuca z siebie wodę co kilka minut ku uciesze licznie zgormadzonych wokół niego turystów.

Kilka kilometrów dalej znajduje się wodospad Gulfoss. Bardzo piękny, rozłożysty ze wspaniałą tęczą, jaka tworzy się w jego środkowej części. Po spotkaniu z wodospadem wybraliśmy się w drogę do Rejkiaviku, gdzie w centrum sportu odebraliśmy pakiety startowe i po zrobieniu zakupów w sklepie spożywczym ruszyliśmy w podróż do naszego domku.

Następnego dnia postanowiliśmy odwiedzić miejsca, które nie udało nam się zobaczyć dnia wcześniejszego z uwagi na „krótki postój” przy wodospadzie Glymur. Pojechaliśmy więc w pierwszej kolejności do Parku Narodowego Thingvellir, gdzie są liczne ścieżki, jezioro, rzeka oraz wodospad. Po krótkim pobycie w tym miejscu ruszyliśmy do krateru Kerio, a następnie wybraliśmy się do miejscowości Hvaregerdi. Celem naszego pobytu w tej miejscowości była gorąca rzeka, która płynie w pobliskich górach. Po dojechaniu do podnóża góry ruszyliśmy ścieżką około 3,7 km w górę. Lekkie podejście nie sprawiało problemów, a znajdujące się wokół bulgocące oczka wodne nadawały temu miejscu charakter podobny do widzianego dzień wcześniej gejzeru. Zapach siarkowodoru również był obecny. W końcu naszym oczom ukazał się parujący potok górski, a w nim ludzie zażywający kąpieli. Czym prędzej zdjęliśmy ubrania i wskoczyliśmy do potoku. Na początku okazało się, że miejsce, które wybraliśmy jest zbyt gorące do wejścia, ale natura dokonała czegoś nadzwyczajnego. Otóż z jednej strony płynie strumień wody gorącej, a tuż obok wody zimnej, oba łączą się w pewnym momencie dając idealną wodę do kąpieli. Zanurzenie się w tej rzece dawało wrażenia jakby się było w jakimś SPA. Ludzie siedzieli rozmawiając i delektując się pięknem przyrody. Po pobycie w Hvaregerdi udaliśmy się do domu, aby trochę wypocząć przed biegiem, który czekał nas następnego dnia w Rejkiaviku.

W sobotę rano ruszyliśmy dość wcześniej do Rejkiaviku, do przejechania mieliśmy około 130 km, a bieg rozpoczynał się o godzinie 8:40, więc czasu było niewiele. Znaleźliśmy pusty parking i ruszyliśmy do centrum na miejsce rozpoczęcia biegu. Po krótkim marszu znaleźliśmy miejsce startu. Zrobiliśmy tam kilka zdjęć i zaczęliśmy przygotowywać się do biegu. Czworo z nas startowało w półmaratonie, a czworo w biegu na 10 km. Trasa biegła w sporej części nadbrzeżem, czego się obawialiśmy, bo wiatr potrafi skutecznie zakłócić rytm biegowy. Bieg odbył się jednak w prawie idealnych warunkach – trochę wiało, ale nie wiele, trasa była łagodna z lekkimi dwoma – trzema podbiegami, świeciło słońce. W takich warunkach Adam zrobił życiówkę w półmaratonie. Szacun!. Reszta naszej brygady pobiegła na miarę swoich możliwości. Ja dodam tylko, że na miarę moich obecnych możliwości, no bo przecież forma rośnie. Na 10 km biegi zaliczyli Roman, Wiesiek, Svieta oraz Konrad, dla którego był to pierwszy taki dystans przebiegnięty w życiu. Brawo!. Po biegach spotkaliśmy się z Darią i jej rodzinką, porozmawialiśmy chwilę i ruszyliśmy na basen w celu ogarnięcia się po wyczerpujących biegach. Basen znaleźliśmy dość sprawnie, wykąpaliśmy się i zgodnie z pierwotnym planem mieliśmy spędzić resztę dnia w Rejkiaviku, gdzie odbywało się wiele ciekawych imprez, ale chyba intensywność pobytu dała się nam we znaki, bo myśleliśmy już tylko o tym, aby znaleźć się w domku, zjeść coś dobrego i poleżeć w wannie z ciepłą…, a tak naprawdę – gorącą wodą. Taka wanna 4–osobowa stała na tarasie.

Następnego dnia wybraliśmy się zobaczyć niewielkie góry znajdujące się około 20 km od naszego miejsca pobytu. W dzień wyjazdu chcieliśmy jeszcze wykorzystać ostatnie chwile. Podziwialiśmy widoki myśląc już o drodze powrotnej do Polski. Następnego dnia o godzinie 6.40 wylądowaliśmy w Warszawie kończąc naszą podróż. Była jeszcze droga do Grajewa, ale część z nas zostawała w Warszawie, a część jechała dalej, więc na lotnisku pożegnaliśmy się życząc sobie kolejnych tego typu przygód.
Podsumowując – Islandia to wspaniały kraj, którego nie da się obejrzeć w tydzień, ale to, co w tym czasie zobaczyliśmy, zostanie w nas na długo. Wspaniałe widoki – wodospady, gejzery, lodowce, góry, fiordy, pola zastygłej lawy… robią ogromne wrażenie. Wydaje się, że cały ten krajobraz został stworzony po to, aby można było docenić jego piękno i upajać się nim. Być może nasze wrażenia potęgował fakt, że mieliśmy cały czas dobrą pogodę – praktycznie wcale nie padało, a słońce świeciło bardzo często, temperatura 9–15 st. w dzień. Nie zmienia to jednak faktu, że krajobrazy są jak nie z tej ziemi. Być może uda nam się kiedyś powtórzyć podobną wyprawę w te lub inne miejsce… zobaczymy. Na pewno warto podjąć wysiłek organizacyjny i finansowy, aby zebrać się w kilka osób i aby mieć co wspominać w zimowe chłodne wieczory.

M.M.

 

  • P8140121
  • P8140130
  • P8140173
  • P8140177
  • P8140179
  • P8140181
  • P8150247
  • P8150248
  • P8150260
  • P8150278
  • P8150303
  • P8150322
  • P8150331
  • P8150338
  • P8150340
  • P8150346
  • P8150350
  • P8150359
  • P8150362
  • P8150391
  • P8150406
  • P8160445
  • P8160446
  • P8160460
  • P8160470
  • P8160472
  • P8160474
  • P8160479
  • P8160480
  • P8160482
  • P8160486
  • P8160497
  • P8160517
  • P8160539
  • P8170564
  • P8170568
  • P8170572
  • P8170577
  • P8170578
  • P8170581
  • P8170582
  • P8170590
  • P8170622
  • P8170624
  • P8170626
  • P8170629
  • P8170631
  • P8170633
  • P8170635
  • P8170644
  • P8180660
  • P8180669_panorama
  • P8180680
  • P8180685
  • P8180693
  • P8180698
  • P8180701
  • P8180704
  • P8180709
  • P8180712
  • P8180715
  • P8180721
  • P8180729
  • P8180735
  • P8180739
  • P8180742
  • P8180747
  • P8180749
  • P8180751
  • P8180755
  • P8180776
  • P8190778
  • P8190820
  • P8190824
  • P8190826
  • P8190843
  • P8190845

Simple Image Gallery Extended